środa, 15 sierpnia 2012

Żegnaj Antalio, żegnaj Turcjo, żegnaj blogu!

Gdy tylko wysiadłam z busa, buchnęło na mnie gorące powietrze. Niesamowite uczucie. Ahmet już czekał na mnie w Antalii, zaprosił mnie na śniadanie, po którym zaraz chciałam wyskoczyć na plażę. Niestety ostudził on mój zapał twierdząc, że przed 15h nikt nie wychodzi z domu, bo jest tak gorąco, że aż niebezpiecznie. 
Sweet focia w lustrze z Ahmetem ^^
Musiałam mu zaufać, ale długo nie mogłam wytrzymać w domu. Każdego kolejnego dnia wychodziłam z domu o 12h, żeby móc zachwycać się słońcem, którego tak mało mamy w Polsce podczas wakacji. To było to, czego brakowało mi od 4 lat. Totalnie bierny odpoczynek polegający na plażowaniu, taplaniu się w gorącym Śródziemnomorskim morzu, jedzeniu, świeżych owoców, imprezowaniu do rana i kąpaniu się w morzu o północy. 


Leniwe popołudnia na balkonie uwielbiałam! 


Gościli nas Anja, prześliczna, sympatyczna, skromna Niemka, również Erasmuska, którą podziwiałam za determinację z jaką uczęszczała codziennie rano na zajęcia z języka tureckiego. 
W mieszkaniu był też Siukru, Turek, który skończył Turystykę i Rekreację, pracował w hotelu i był na Erasmusie w Niemczech. 
Wszyscy: Ahmet, Anja i Siukru mówili do siebie po Niemiecku co było dla mnie fajną opcją. Mogłam się podszkolić, ale zazwyczaj wyglądało to tak, że kiedy oni mówili do mnie po Niemiecku, ja odpowiadałam im po angielsku. Uważam to za swoją porażkę edukacyjną - 10 lat nauki języka niemieckiego, żeby przez pół roku mówić po angielsku i nie potrafić przejść z jednego języka na drugi.
Z Anją

Siukru
Spędziliśmy ze sobą świetny czas. Wszyscy byli dla mnie niezwykle mili. A ja śmiałam się do siebie, bo w życiu bym nie pomyślała, że ostatnie dni w Turcji spędzę z Ahmetem, którego na początku tak unikałam!

Pamiątki dla rodziny, o których myślałam, że przez cały mój pobyt w Turcji kupiłam na szybko, za co byłam na siebie strasznie zła. Ja i moja walizka z 6 kilogramowym nabagażem łatwo pożegnaliśmy się z Turcją. Gdybym miałam odlatywać do Polski z Istambułu byłoby mi o wiele trudniej, tymczasem ja opuszczałam tylko Antalię, z którą nie byłam aż tak związana. O wiele trudniej było mi się rozstać z Ahmetem, z którym spędzałam 24 godziny na dobę przez ostatnie 5 dni. Był to najgorszy aspekt Erasmusa - spędzasz z bliskimi Ci ludźmi 24 godziny na dobę każdego dnia, a potem nagle musisz się z nimi pożegnać, najczęściej na zawsze. To prawdziwe igranie z ludzkimi uczuciami. 

Kiedy przyleciałam na lotnisko do Berlina prawie naga, w krótkich spodenkach i krótkiej bluzce, tym razem uderzyło mnie zimne powietrze. Na odbiór z lotniska miałam czekać 9 godzin. Miałam więc czas na nastawienie się na odwrotny szok kulturowy.

Siedziałam na tym samym lotniksu, w tym samym miejscu, dokładnie pół roku temu i wystraszona spodziewałam się dosłownie wszystkiego po moim Erasmusie. Teraz było już po wszystkim. Ten cudowny, mimo wszystko, czas w Turcji minął za szybko. Pozostaje Ci w myślach pytanie: czy to był sen, czy ja na prawdę pół roku spędziłam w obcym kraju, pozostawiona samej sobie. Ale tym razem, siedząc na lotnisku, kiedy widziałam Tureckich pracowników, mogłam im odpowiedzieć "dziękuję" w ich własnym języku.

Kiedy jechałam z Berlina do Polski, mój pierwszy szok pojawił się, kiedy stanęliśmy na Polskiej stacji. Zdziwiłam się niesamowicie, kiedy ekspedientka, obca mi osoba mówiła do mnie po Polsku. 
Kolejny szok, niemal panika, pojawiła się wtedy kiedy wjechałam samochodem do mojej małej miejscowości z której pochodzę. Bałam się! Przez te pół roku oczyściłam się z brudów małomiasteczkowej mentalności. Żyłam zupełnie innym życiem, a przede wszystkim walczyłam o to, żeby czerpać z życia przyjemność. W moim mieście jest to o wiele bardziej utrudnione. Dlatego depresyjny nastrój udzialał mi się tutaj częściej, zwłaszcza gdy naokoło wiało nudą, a jedyne co widzisz to młode dziewczyny zachodzące w ciążę przed 20-tką i ich chłopaków, którzy wieczory po pracy spędzają w barze pijąc piwo lub niekończącą się wódkę. 

Weszłam do domu niepostrzeżenie, otworzyłam drzwi do mojego pokoju, chłonąc jego znajomy zapach. Zdziwiłam się, kiedy w większośći mojej garderoby znajdowały się malenskie ciuszki mojego brata i uśmiechałam się do siebie, kiedy zobaczyłam poukładane w rządku maleńkie buciki. Położyłam się w moim łóżku, założyłam na nogi skarpetki pierwszy raz od 3 miesięcy, bo było w nim dość zimno. Jakie było moje zdziwienie, kiedy otulilam się nie kocem, nie prześcieradłem, ale kołdrą! Niesamowite uczucie, którego nie doceniałam, a tak bardzo było mi brak podczas zimnych lutowych nocy w Istambule.
Położyłam głowę na poduszce, zastanawiając się, czy to, co się wydarzyło przez ostatnie pół roku to był tylko sen, czy na prawdę się stało i zasnęłam niemal płacząc jak dziecko za tym co już nigdy się nie powtórzy.
Rano miałam wspaniałą pobudkę kiedy to zobaczyłam mojego brata śpiącego koło mnie. 6 miesięcy i 5 kilogramów później nie przypominał maleństwa jakie trzymałam na rękach zaledwie 3 dni przed moim wyjazdem. Za to od teraz już wiedziałam, że w domu będzie teraz o wiele ciekawej niż dotychczas.
Z Post Erasmus Syndrom, o jakim mówią o Erasmusi po powrocie do domu (depresja, brak zainteresowania przez znajomych, utrata kontaktów), w ogóle mnie nie dotyczył. Kiedy szłam ulicą ludzie zaczepiali mnie pytając jak podobał mi się wyjazd, mówili, że dobrze wyglądam i że czytali mojego bloga. Dużo znajomych odrazu odezwało się do mnie po moim powrocie. Było mi bardzo miło. Oczywiście nie obyło się bez wpadek językowych, których mi nie brakowało. Wprowadzałam niechcący angielskie słowa, przez co czasami było mi strasznie głupio. Ludzie wtedy najczęściej myślą że "o! przyjechałam gwiazda zagranicy i jest taka światowa, że już zapomniała jak sie mówi po Polsku. Na szczęście nawyk mi minał po tygodniu.

Byłam pewna, że ten czas wykorzystałam dobrze. Zarzucałam sobie tylko, że nie podróżowałam więcej. Zawsze czekałyśmy z Petrą i Gretą a to na lepszą pogodę, a to na więcej wolnego czasu, a potem okazało się, że przyszedł lipiec i wszystkie Erasmusowe wycieczki się skończyły.

  Wyjeżdżałam na Erazmusa z pewnością, że będzie to najlepszy
czas w moim życiu, beztroski, wśród nowych przyjaciół, pojawią się nowe możliwości. I rzeczywiście właśnie tak było! I tak bardzo jak byłam szczęśliwa, jak bardzo nie wierzyłam w te wszystkie wspaniałe rzeczy wokół mnie, rozczarowanie uderzyło mnie z taką samą mocą.
Nie żałuję niczego co tu się działo. Byłam głodna, bezsilna i czasem zbyt silna. Wiem na pewno, że to, co spotkało mnie podczas 4 miesięcy pobytu w Turcji nauczyło mnie jak być samodzielną, jak załatwiać sprawy, które wydawały mi się tak trudne. Od tej pory nic nie jest dla mnie trudne. Stałam się wrażliwsza, a z drugiej strony twarda jak skała.

I będę szczęśliwa, choćbym to szczęście miała sobie narysować :-) 

Filifionka



KONIEC


niedziela, 22 lipca 2012

Güle güle Istanbul!


Otwieram maila pewngo cudownego antalijskiego dnia i czytam…

„Hi Malgorzata,


First of all we would like to thank you for your participation in our 
contest myexperienceabroad.com

We contact you to inform that you have been finalist in our contest. We 
liked so much your story and in the future we would like also to publish it.

We just wanted to contact you before making public the results of the 
competition.

CONGRATULATIONS!!

Manuel Cortes
MyExperienceAbroad Direktor”


 Okazało się, że zostałam finalistką konkursu, o którym wcześniej pisałam na blogu organizowanego z okazji 25 rocznicy programu Erasmus. Czytałam tego maila ze 20 razy i nadal nie mogłam uwierzyć w to co czytałam! Kolejna świetna wiadomość! Jeszcze nigdy nie wygrałam niczego w międzynarodowym konkursie! Jeśli kiedyś przyjdzie mi trzymać w ręku moją własną, wydaną, oprawioną książkę chyba oszaleję z radości. 

W linku znajduje się dokładne zestawienie nagrodzonych i uczestników wraz z krótkimi recenzjami nadesłanych prac. 
O mojej napisano: 
"This is the kind of story you cannot stop reading once you start and reflects a very personal cultural differences between countries in Europe. She meets all the challenges and turns them into opportunities, not getting off the reader of the work."

"To rodzaj opowieści, której nie można przestać czytać od początku i odzwierciedla bardzo osobiste różnice kulturowe pomiędzy krajami w Europie. Ona napotyka wyzwania i zamienia je w możliwości, nie przestając czytać dzieła."







Ostatnie dwa cele jakie sobie wyznaczyłam jako punkty „Must See In Istanbul” to słynne (tylko dla Polaków) muzeum Adama Mickiewicza w Istambule i najwyższy budynek w Turcji – Sapphire.

Pierwszy z nich, muzeum, jest słynne dlatego, że Mickiewicz zmarł w Istambule, a w mieszkaniu w którym mieszkał utworzono muzeum.
napis przy wejściu do muzeum
Nie powiem, wygląda to trochę biednie wszystko, a znudzony kustosz był nieco zaskoczonego faktem, że właśnie ktoś przyszedł zwiedzać. 
Natomiast atmosfera mi się podobała. Totalna cisza, ułamek polskości w gąszczu istambulskiej inności. A jak zaczęłam czytać:


„Litowo, Ojczyzno Moja! Ty jesteś jak zdrowie,
Ile Cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto Cię stracił…”

… to dawno nie czułam takiej dumy z tego, że jestem Polką. I mogę się wydawać śmieszna to naprawdę zdałam sobie sprawę ze znaczenia tych słów. Tęskniłam już nie tylko za rodziną i jedzeniem, ale za Polską! 

z popiersiem Mickiewicza




Czytając informacje o Mickiewiczu, Polsce w XVIII i XIX zdziwiłam się parę razy. Nawet nie wiedziałam, że Polskę i Turcję łączyły tak dobre koneksje!

tylko 53 piętra
…No i Sapphire, najwyższy budynek w Turcji znajduje się w Istambule. A jednak 261 metrów, 54 piętra. Jak tylko wyszłyśmy z Gretą z windy micha od razu mi się ucieszyła. No widok niesamowity! Przez pierwsze 3 minuty wszystko nam się kołysało. Niesamowite uczucie. Nawet udało nam się zobaczyć miejsce gdzie Niekończący się Istambuł w końcu się… kończy.

- Greta, powiedz mi jak się czujesz znajdując się wyżej niż 99,9…… % ludzkości
- Wow! Masz rację, nawet nie zdawałam sobie sprawy!
Zatrzaskałyśmy fot, nacieszyłyśmy oczy i wróciłyśmy z 53 piętra na ziemię.




Greta



Nasz Istambuł!


Jeszcze będąc we Francji wpadłam na szaleńczy pomysł wracania z Turcji na stopa. To zawsze było moje marzenia, a łącząc przyjemne z pożytecznym mogłam zaoszczędzić mnóstwo kasy na bilecie lotniczym. Napisałam do paru istambulskich, erasmusowych Polaków, odezwałam się na różnych fejsbukowych grupach, ale wszyscy albo już kupili bilety, albo termin im nie odpowiadał, albo po prostu pisali, że to świetny pomysł i życzyli mi powodzenia. W końcu pomyślałam, że jak nikogo nie znajdę do pojadę sama!
Nawet moja mama jakoś specjalnie się nie sprzeciwiała temu pomysłowi tak bardzo jak Greta! I to w sumie przez nią nie zrobiłam tego. Przytaczała mi takie historię i to z życia wzięte, że pomysł mi się kompletnie odwidział. Jestem pewna, że kiedyś to zrobię, ale nie jako samotna polska blond turystka po Turcji i Rumunii – to faktycznie zbyt ryzykowne.

Ale wymyśliłam sobie, że pojadę do Antalii do tego samego miasta, w którym była moja mama, choćbym miała pojechać nawet sama. Jak się okazało, mój polsko-niemiecki przyjaciel, Ahmet zgodził się mi towarzyszyć, do tego załatwił nam nocleg u swoich znajomych i zgodził się pełnić funkcję mojego przewodnika. Wszystko ładnie pięknie do momentu kiedy kupiłam bilet w niechlubnym biurze turystycznym Nilufer...
Ze wszystkimi się już pięknie pożegnałam i spakowana w nostalgiczno-egzustencjalnych nastrojach ruszyłyśmy z Gretą na Taksim, skąd miałam pojechać busem do Antalii.
Stawiamy się na miejscu godzinę przed wyjazdem. Wkładamy moją walizkę do busa i pytamy ładnie Pana z biura o której mamy być tutaj powrotem na miejscu, bo chciałyśmy jeszcze zahaczyć o jakiś kebab i lody.
Pan nam ładnie odpowiada
- Half past eleven
I pytałyśmy jeszcze ze dwa razy i Pan dwa razy odpowiada „Half past eleven”.
Ostatni istambulski kebab i lody, hihihi, hahahaha, kiedy to nagle Greta dojrzała dwóch czarnoskórych chłopaków co by przeprowadzić z nimi wywiad do jej projektu. Agentka Greta oczywiście bezpretensjonalnie podeszła do biedaków, zaczęła z nimi nawijkę aż tu nagle zrobiła się 23:20.
- Greta, musimy spadać!
No to poszliśmy wszyscy. Pod biurem znalazłam się o godzinie 22:27. Widzę jednego jedynego busa. Chciałam wyciągnąć jeszcze z mojej walizki telefon, a jak się okazało, mojej walizki w busie brak! Pytam się ludzi naokoło, czy ten bus jedzie do Antalii – „tak, do Antalii!”. Podaje mój bilet kierowcy, pytam się gdzie mój bagaż. Kierowca oczywiście nic nie rozumie, dlatego inni ludzie naokoło zaczęli mi coś tam tłumaczyć, że busów było więcej, może mój bagaż znajduje się w innym i że pewnie znajdę go kiedy dojedziemy na terminal. Nie było czasu nawet zapytać się nikogo z biura bo bus wahadłowy już odjeżdżał. No to wsiadłam.
Co się okazało – na terminalu mojego bagażu ani widu ani słychu, idę do punktu informacji, po czym mówią mi, że właśnie znajduję się na terminalu, który nie należy do biura, w którym kupiłam bilet, a to mieści się na drugim końcu miasta. Ręce mi opadły. Natychmiast zwaliłam na nogi całe biuro informacji, żeby dowiedzieli się gdzie mój bagaż. Okazuję się, że na Taksimie, w punkcie wyjścia. No tak, jak nie gubisz walizki gdzieś na lotnisku w Rzymie to gubisz ją w busie do Antalii. Powinnam się już przyzwyczaić...
Wracam na Taksim, dzwonie do Grety, a ta po dwóch minutach pojawiła się u mnie z owymi dwoma afrykańcami.
Chciałam opowiedzieć o całej sytuacji facetowi, który pracował w biurze. Jak się okazało – on ani słowa po angielsku (btw, jak można zatrudnić w biurze podróży kogoś kto nie mówi słowa po angielsku…?!) Z nieba spadło nam nagle 3 tureckich chłopaczków z płynnym angielskim. Opowiedziałam całą sytuację, jak to pojawiłam się na miejscu o określonym czasie (a nawet przed), jak to wytłuczono mi, że bus jedzie do Antalii i że nie było w tym mojej winy, że przegapiłam bus i że chcę bilet na jak najszybciej do Antalii. Na co gość w biurze mi odpowiada, że muszę kupić nowy bilet następnego dnia. Ja na to, że nie ma mowy o kupowaniu biletu, że czuję się poszkodowana i że chcę zwrotu pieniędzy, albo bilet na następny bus. 
Pracownik biura, totalna sierota nie był w stanie nic zrobić. Mówię mu więc, że chcę rozmawiać z kierownikiem biura, na co on, że dopiero jutro nad ranem będę mogła porozmawiać z kimś innym. Ok, chciałam więc zostawić w biurze mój bagaż, co by go nie targać znowu ze sobą.  Na co nierozgarnięty pracownik biura odpowiada mi, że nie mogę. Ja do niego, że mnie to nie obchodzi, i zostawiam bagaż tu gdzie stoi. Kiedy powiedział mi, że on za niego nie będzie brał odpowiedzialności zaczęłam już po polsku wyklinać na niego, na Turcję, na wszystko dookoła, bo nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje wokół mnie. 
Biedni tureccy chłopcy, którzy próbowali mi pomóc, a tylko się nasłuchali jaka to Turcja jest ble ;-)
W końcu opuściliśmy wszyscy biuro: dwie Europejskie dziewczyny, dwóch Afrykańskich i dwóch Tureckich chłopaków. To żeśmy się podobierali w pary. Kolejna spontaniczna noc przed nami.
- Chłopaki, nie dziwcie się wcale. Kłopoty nas kochają. Gdybyście spędzili z nami ostatnie pół roku, w końcu byście przywykli - podsumowała Greta.

Poszliśmy więc na Taksim na którym zjedliśmy obrzydliwie niezdrowe hamburgery, Greta przeprowadziła kolejny wywiad, Ola – jeden z naszym afrykańskich znajomych udawał Obamę, a potem poszliśmy do przepięknego parku na Taksimie, o istnieniu którego nawet nie miałam pojęcia. Włączyły nam się wszystkie zabronione tematy: seksu, religii, polityki itd – wszystko z perspektywy 3 różnych światów, Europy, Afryki i Azji. Mimo wszystko to była świetna noc. 
Nad ranem poszliśmy znowu do nieszczęsnego biura. Nierozgarnięty pracownik wydawał się nieco bardziej empatyczny tym razem. Wciąż czekaliśmy na jego zmiennika. W końcu przyszła – wytatuowana wielka kobieta. Pytam:
 - Do you speak english?
- Yes, I do.
Sytuację zdążył wytłumaczyć jej poprzedni zmiennik. Ta wykonała jeden telefon, po czym powiedziała, że nic może zrobić, że muszę kupić nowy bilet. Ja się na to oczywiście nie godziłam, tłumaczyłam, że to ja tu jestem poszkodowana, że potrzebuję pomocy z winy ich własnych pracowników, a teraz oczekuję rekompensaty.
Kobieta nagle przestała rozumieć mój angielski, kompletnie mnie ignorowała i na koniec niemal wyganiając mnie powiedziała, że obok znajduje się inne biuro. Mnie uczono na studiach, że klient to Twój Pan, że trzeba zrobić wszystko, żeby go zadowolić, bo informacja puszczona w świat o niekompetencji ludzi, pracujących w takim biurze może wyrządzić więcej szkody. Ich sprawa. Nikt z moich znajomych już nie kupić biletu w tym biurze.
Biletu kupiłam w Ulusoy, w którym ludzie znali swoje kompetencje i mówili po angielsku. W końcu udało mi się wyjechać z Istambułu.

W sumie cieszę się, że tak się stało, straciłam kupę kasy przez to zamieszanie, ale zamiast płakać, że opuszczam moje ukochane miasto, w którym mieszkałam przez ostatnie pół roku, byłam po prostu zdrowo wkurzona i chciałam stamtąd wyjechać jak najszybciej!




Gule Gule Istanbul




Po 12 godzinach podróży autobusem znalazłam się w końcu w upragnionej Antalii przy 42 - stopniowym upale… :-)

piątek, 13 lipca 2012

Małgorzata na krańcu świata


Jakie to niesamowite uczucie, kiedy Twój wysiłek nie idzie na marne, kiedy nawet nie wierząc w swoje siły zyskujesz to czego w życiu byś się nie spodziewał – dostałam maila zwrotnego od jednej z najbardziej cenionych raperek w Polsce!
Działamy Kochani! Działamy!



Moja kolejną misją po powrocie z Francji było zdać egzaminy. Z Interpersonal Comunication miałam problem, bo przez cały semestr praktycznie żadne zajęcia się nie odbyły, żadnych notatek, niczego. Jeszcze okazało się, że podczas mojego pobytu w Paryżu zmieniono nam profesora. Idę więc do niego spowiadać się z mojej dwutygodniowej nieobecności i prosić o jak najłaskawszy egzamin. Wchodzę do jego biura. Siedzi dwóch facetów.
- Przepraszam, szukam profesora Oz – oznajmiam
- Nie nie! Szukasz najlepszego i najprzystojniejszego profesora w Istambule – wita mnie ów profesor
- Ok… - a w głowie miałam „WTF?!”.
Wyjaśniłam sytuację i zapytałam, czy muszę znać na pamięć tę księgę którą, jak się okazało, obowiązywała mnie na egzamin. Po czym profesor zaczął opowiadać mi o swojej 19-letniej córce jak to z nią podróżuje po całym świecie, jak to jego syn studiuje w USA itd. Poznałam całą historię rodziny, po czym zapytałam:
- Nie mogę po prostu zrobić jakiejś prezentacji? – robiłam ładne oczka
I jedyne co usłyszałam od niego było:
- We are not germans. C’mon! Are you crazy?! You didn’t come here to study!
- Ok, ale… - nie dokończyłam zdania.
            Tym razem to profesor robił do mnie ładne oczka powtarzając co chwilę „We are not germans”. Wiadomo, że Niemcy do kraj gdzie wszystko chodzi jak w zegareczku, stąd jego porównanie. W Turcji, jako Erazmusi mogliśmy sobie pozwolić na więcej luzu.
            Nagle do jego biura wpadło 3 innych studentów. Zaczął mnie im przedstawiać, hihihi hahaha i moje oficjalne spotkanie w biurze profesora skończyło się wspólnym zdjęciem. Tak się sprawy załatwiaJ

Apropos Niemców. Ahmet mój Niemiecko-Turecki kolega zaprosił mnie na mecz
Niemcy : Grecja do jednej z knajpek. Użyję eufemizmu – no Polacy zazwyczaj nie kibicują Niemcom. Mimo, że kibicowałam Grecji zostałam bezwolnie wymalowana w Niemieckie barwy. W końcu udzieliła mi się atmosfera (albo Efes), wymachiwałam Niemiecką flagą i śpiewałam razem z nimi „DEUTSCHLAND! DEUTSCHLAND! Po meczu udaliśmy się na imprezę świętować „nasze” zwycięstwo. Okazało się, że jeden ze znajomych Ahmeta był profesjonalnym tancerzem. Przetańczyłam z nim jakieś dwie godziny bez przerwy. Odtańczyliśmy taki dirty dancing na parkiecie, że wszystkie oczy na nas. Jeszcze z nikim tak dobrze mi się nie tańczyło!




- What are you doing?
- Studying, so boring…
- Me and my cousin are sitting at home, and playing poker. Would you like to join us?
- I don’t know. We wanted to go with Greta to Reina or Masquarade today. Anyway, I have to wait for her until she will come home

…Ale w końcu pojechałyśmy. Zanim się wygramoliłyśmy z domu była prawie druga w nocy, ale i o tej porze napotkaliśmy ogromny korek na moście Bosforskim. Wjeżdżając na most Nus przypomniał mi coś, co kompletnie wyleciało mi z głowy będąc w Turcji, a czytałam o tym wiele przez przyjazdem.
- Nus, dlaczego na tym moście nie ma żadnych ludzi? Przecież nawet chodnik jest. – zapytała niewinnie Greta
- Zamknęli ruch dla pieszych, kiedy okazało się, że most Bosforski to idealne miejsce dla samobójców. – odpowiedział jej Nus.
Przejeżdżałam wiele razy przez ten most, ale bardzo szybko. Dzięki korkowi, przez który utknęliśmy dostrzegłam jego niezwykłość.
- Też wybrałabym to miejsce – oznajmiła wesoło (!) Greta.
- Greta, jesteś nienormalna– odparłam. Tylko jej mogła do głowy przyjść ta jakże niespotykana myśl.
Właściwie miała trochę racji. Światła samochodów i domów po europejskiej i azjatyckiej stronie podzielone czarną głębią wody, wjazd na most, łączący jedyne na świecie miasto leżące na dwóch kontynentach, wyglądający jak brama do piekieł, oświetlone z każdej strony meczety, pomarańczowy księżyc.
Zapierający dech w piersi widok, który mógłby być ostatnim widokiem w życiu człowieka.
Kiedy dojechaliśmy do domu Nusa, rozłożyliśmy się wielkich kanapach w jednym z wielkich niemalże pałacowych pokoi w jego domu, sączyliśmy nasze drinki vodka-visne, i czułyśmy się w końcu na maxa wyluzowane. To było to czego potrzebowałyśmy od dawna – znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie.
Nagle Filiczkowska wpadła na genialny pomysł, a była jakoś 4 w nocy „Chodźmy popływać”. Oczywiście w willi Nusa, w której ilości pokoi i łazienek nie byłam w stanie policzyć, nie mogło zabraknąć też basenu. Tylko Greta ucieszyła się na mój pomysł, ale w końcu i tak wszyscy na końcu paćkaliśmy się w wodzie. Było świetnie! W ogóle nie przejmowałam się, że mój makijaż właśnie artystycznie rozpływa się po całej mojej twarzy.
W końcu zmarznięci wróciliśmy do domu. Piliśmy dalej, słuchając muzyki, dopóki Nus nie zarządził spania! Jego „rozkaz” w tamtym momencie wydawał mi się absurdalny! Dobrze się przecież bawiliśmy. Kiedy odsłoniliśmy zasłony okazało się, że zastał nas świt. Była 6 rano.
Czy to ważne, że 6 godzin później miałam pisać egzamin z Interpersonal Comunication…? ;-)




Wiadomość od Grety pewnego sobotniego wieczoru: „Gosia, dawaj na Taksim, pomożesz mi z ankietami”. To pojechałam.
Zrobiłyśmy wywiad z Brightem, który siedział samotnie w Burger Kingu i jak się okazało bardzo chętnie udzielał nam wszelkich odpowiedzi.
Nagle dostaje telefon od Pekcana: „Gosia gdzie jesteś? Dawaj na imprezę”. W Burger Kingu byli po 3 minutach.
- Po co wam te wielkie torby?
- Wracamy ze stażu, mamy ze sobą laptopy.
Po czym ja też wyciągnęłam ze swojej mojego. I tak właśnie z całym naszym ekwipunkiem, Gretą i kolejnym afrykańskim przyjacielem poszliśmy się bawić. A impreza była niesamowita. Manita lała się strumieniami, dosłownie! Bo po co używać kieliszków. Alkohol miałam nawet w uszach. Spontaniczna, szalona noc!


Koniec o imprezach!
Teraz o kościele!

Greta, uczestnicząc w swoim projekcie poznawała nowych afrykańskich znajomych. Pewnego dnia dostała zaproszenie od Bright’a na mszę, na której mogła znaleźć więcej osób chętnych do przeprowadzenia ankiety.
Jak się okazało, było to niesamowite przeżycie dla niej. Opowiadała mi o ludziach w transie, modlitwie polegającej na tańcu, charyzmatycznym pastorze.
            Takie rzeczy zawsze kojarzyły mi się z amerykańskimi filmami, gospel itd. Nie sądziłam, że i w Istambule takie rzeczy się dzieją. Następnym razem poszłam razem z Gretą.
            Była to specjalna msza, która odbywała się w piątek od północy do 3 nad ranem. Wchodzimy z Gretą, wokół nas sami Afrykance, tylko my białe. Oczywiście znowu wszystkie oczy na nas. Ale to na pewno my byłyśmy bardziej zdziwione tym co zastałyśmy: wszyscy na sali tańczyli, klaskali, śpiewali, grał zespół. Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim! Bardzo podobał mi się ten sposób modlitwy. Następną część mszy prowadził pastor. W ogóle nie przypominało to cichej kontemplacji jaką spotykamy w katolickim kościele. Pastor wykrzykiwał zdania, niby po angielsku, ale prawie niczego nie rozumiałam. Ludzie powtarzali, a raczej wykrzykiwali te same frazy kilkanaście razy więcej, poruszając się w swój własny rytm myśli, czy słów, nie wiem, upadali na kolana, całowali podłogę. W każdym razie polegało to wszystko na popadaniu w trans, osiąganiu jakiegoś rodzaju nirwany. I faktycznie, niektórym ludziom udawało się to do tego stopnia, że kompletnie tracili nad sobą kontrolę i potrzebne im były sole trzeźwiące.
My z Gretą stałyśmy jak  sparaliżowane, co chwile tylko patrząc na siebie nie wierząc w to, co dzieje się wokół nas.
W końcu nastąpiła 3 część spotkania, w której pastor czytał fragmenty Biblii i prawił kazanie. Wciąż nie przypominało to normalnej mszy.
Zawsze miałam za złe naszym księżom że podczas kazań przybierają sztuczny, anielsko-dobrotliwy głosik. W tym przypadku sposób w jaki przemawiał do ludzi pastor, był strasznie agresywny, brzmiało to nawet diabelsko czasem. Krzyczał jak opętany.
Kiedy skończyła się msza, okazało się, że pastor chce z nami porozmawiać. Poszłyśmy więc do jego kantyny. Przywitał nas w jego kościele, pytał się nas skąd jesteśmy, co tu robimy itd. Zapytał też czy nie miałybyśmy ochoty zaśpiewać na jednej z mszy. Oczywiście zgodziłyśmy się. Była 4 nad ranem, moja głowa była pełna, nie rejestrowała poprawnie już niczego po tym całym transie, więc godziłyśmy się już na wszystko.
I tak zamiast jak zazwyczaj wracać w sobotę nad ranem z imprezy, to my wracałyśmy z kościoła.



W ogóle ostatnio nasi znajomi pochodzą tylko z Nigerii. Znowu totalnie zmieniłyśmy towarzystwo. Pewnego dnia dostałyśmy zaproszenie na mecz Ghana : Nigeria.
Pamiętacie film z Jim’em Carrey „Yes Men”? My ostatnio jesteśmy z Gretą “Yes Women”. Zgadzamy się na wszystko i jak się okazuje, nasze życie się pokolorowało, zyskałyśmy na tym wiele. Razu pewnego zostałyśmy zaproszone przez naszych nigeryjskich znajomych na mecz Nigeria : Ghana. Ghana wygrała, dlatego nasi nigeryscy znajomi byli niepocieszeni. Żeby mimo wszystko umilić sobie czas, poszliśmy na Taksim coś zjeść. 

Ghana w żółto - czerwonych strojach, Nigeria w białych



W drodze śmiechy chichy, ja wchodzę na jezdnie, a we mnie o mało nie wjeżdża taksówka! W ostatniej chwili złapał mnie i dosłownie wszarpał na chodnik Emy, jeden z naszych towarzyszy, najpotężniejszy i najpiękniejszy czarnoskóry mężczyzna jakiego widziałam. A potem jak bodyguard trzymał mnie mocno za rękę i nie chciał mnie puścić, żeby znowu dziecko, nie daj Boże, nie wskoczyło na jezdnie. Ja bardziej jak chroniona, czułam się jak ofiara porwania, a że moim porywaczem był Emy – model, aktor, piłkarz, muzyk – nie stawiałam większego oporu :)

Wielki Emy!


Zaczęłam doceniać uroki podróżowaniu samej. Robię sobie samotne wycieczki po mieście. Zwiedzam plaże, jem w różnych dziwnych miejscach. Wyruszam prawie codziennie w inną stronę miasta. Ostatnio wybrałam się promem na jedną z wysp książęcych, z książką w ręku o wdzięcznym tytule „The Bastard of Istanbul”, czując się jak „Kobieta na Krańcu Świata”, no może nie Świata, ale Europy na pewno.


Okazało się, że hiszpański zdałam na 90%, a znałam tylko odmianę „ser” i estar” i francuskie czasowniki, które jak się okazało były podobne do hiszpańskich. Szaleństwo! W ogóle okazało się że wszystkie przedmioty zdałam na AA i BB, co oznacza same 5 i 6! Jestem geniuszem! Do tego świetna wiadomość z Polski -  nie musze zdawać egzaminu z angielskiego i kończę edukację w tym języku z oceną celującą, dziękuję bardzo Pani profesor :)

środa, 11 lipca 2012

Tureckie Wesele



 … A ja myślałam, że mój Erasmus razem z wyjazdem Petry się skończył. Głupia ja! Ostatnie dwa tygodnie były totalnie pokręcone!
Już w autobusie z lotniska do Istambułu poznałam dwóch fajnych chłopaków ze Słowenii, Mariana i Simona, który wyglądał jak jakiś anioł ze swoją burzą blond loków na głowie. Oboje zresztą blondyni już na lotnisku w Istambule dziwili się, że ludzie się na nich dziwnie patrzą. Wybierali się na wycieczkę po Turcji. Opowiedziałam im tureckich smakołykach, miejscach do zobaczenia itd. Mieliśmy się spotkać ponownie za dwa tygodnie, kiedy skończy się ich Turkeytrip.

Po powrocie do szkoły totalne szaleństwo. Wystarczy założyć na siebie krótkie spodenki, a dostajesz dwie oferty nauczania języka angielskiego, darmową colę do obiadu, pomoc w robieniu prezentacji na turecki, udzielasz wywiadu dla lokalnej telewizji studenckiej i poznajesz nowego afrykańskiego przyjaciela. 
Kunle, bo tak ma na imię ów afrykański przyjaciel, też studiuje na moim uniwerku. Poznaliśmy się w kantynie, gdzie pracuje jako kucharz, bo tylko on potrafił mi odpowiedzieć czy w tajemniczej potrawie, którą miałam zamiar nałożyć na talerz znajduje się mięso. Zazwyczaj, kiedy ktoś się do mnie przysiada, albo zaczepia, ignoruję go, albo używam eufemizmów, dających do zrozumienia, żeby sobie poszedł. Tym razem ucieszyłam się, kiedy się do mnie przysiadł. 
Powód? Greta dostała kolejne stypendium ze szkoły. Zostaje w Turcji do września, gdzie będzie uczestniczyć w projekcie dotyczących afrykańskich imigrantów w Turcji. Ma za zadanie przeprowadzać z nimi wywiady na temat ich życia tutaj. Często muszą odpowiadać na dość osobiste pytania typu ile zarabiasz, z czego był zbudowany Twój dom w Afryce: 
a) ze słomy 
b) z gliny 
c) z cegły (?!). 
Wyniki przeprowadzonych badań zostaną przedstawione w formie statystyk i wysłane do Tureckiego rządu, który na ich podstawie opracuje program specjalnie dla tej tureckiej grupy społecznej (a tak naprawdę Turcja chce się podlizać Unii Europejskiej która już od 7 lat nie pozwala jej przystąpić do wspólnoty UE – moim zdaniem? – i niech tak zostanie!).
Kunle bez problemu wypełnił ankietę, a potem okazało się, że już codziennie przychodziłam do kantyny, w której pracuje, żeby się przywitać i sobie z nim pogadać.

- To jakie masz plany na sobote, Kunle? – zapytałam pewnego dnia
- Rano się uczę, potem pracuję, a wieczorem idę na wesele córki mojej koleżanki z pracy – odpowiedział beztrosko
- Serio?! Na tureckie wesele?! Ale faaaajnie! Ja zawsze chciałam pójść na tureckie wesele!
- To chodź ze mną!
- Nie no co Ty, to Ty dostałeś zaproszenie, ja nie będę się wpraszać.
         I ucichło, do następnego dnia kiedy do Kunle tym razem zadzwonił specjalnie po to, żeby mnie przekonać do pójścia z nim na to przyjęcie.
- Dobra, to jak mam się ubrać? – zapytałam
- Normalnie – odpowiedział mi po męsku, w ogóle nawet nie wiem po co się pytałam...
- A Ty jak będziesz ubrany? Masz jakiś garnitur?
- Tak
No to ubrałam moją babciną sukienkę. Serio babciną! Sukienka, w którą jestem obrana należała do mojej babci, kiedy ta była młodsza ode mnie! Ulubiona rzecz w mojej szafie. Nie za elegancka nie za prosta, że przytoczę słowa Kunle: „Normalna”.

Babcina sukienka, afrykański "garnitur Kunle i tureckie kobiety w tyle


Kiedy zobaczyłam Kunle, oniemiałam! Przecież zupełnie inne znaczenie ma garnitur dla Europejczyków, a jeszcze inne dla Afrykanów! On założył na siebie typowo-odjazdowo-zielono-pstrokato-afrykański strój, który zakłada się na specjalne okazje, m.in. wesela właśnie! I teraz wyobraźcie sobie nas, idących przez Sefakoy, jednej z bardziej zacofanych dzielnic Istambułu: oboje mówiący po angielsku (łaaaał!), ja – „roznegliżowana” blondynka w odjazdowo-niebiesko-pstrokato-europejskiej sukience; Kunle – Afrykanin w typowo-odjazdowo-zielono-pstrokato-afrykańskim stroju. Wyglądaliśmy po prostu komicznie! Ludzie na nas patrzyli jak na kosmitów, nie wspomnę o rekacjach dzieci, dla których byliśmy niesamowitą atrakcją. Co się uśmialiśmy z tego to nasze!

Wesele odbywało się w przepięknym domu weselnym. Miało się zacząć o 19h. Punkt 19, a na sali tylko garstka ludzi weselnych. Dopiero koło 20:30 zebrali się wszyscy. Co mnie zdziwiło - na stołach nie było żadnego jedzenie. Myślę więc "pewnie później wszystko doniosą". To się zdziwiłam...

Miejsce dla Pary Młodej
... i puste stoły


Myśleliśmy, że bedziemy sobie siedzieć po cichu w koncie, obserwować sobie wszystko na spokojnie - nic bardziej mylnego. Matka Pana Młodego, która zaprosiła Kunle postanowiła przedstawić nam każdego członka rodziny, tak jakby Kunle był najważniejsza zaproszoną osobistością. 

Azja, Afryka, Europa


W końcu na salę weszła Para Młoda, w zupełnie tradycyjnych strojach - Panna Młoda na biało, Pan Młody w czarnym garniturze. Tradycyjny pierwszy taniec, potem Młodzi pokroili ogromnego torta i  zaczęły się życzenia gości które polegały na tym, że Młodym zawieszono na szyję szale, do których goście przyczepiali banknoty. Poza tym Para Młoda dostawała prezenty tylko w postaci złota. Trwało to nieskończenie długo podczas gdy my nadal siedzieliśmy przy pustych stołach. Komizmu sytuacji dodawał kelner, który rozwoził przekąski typu paluszki, chipsy, czaj - mało tego - musiałeś za to płacić. Nie muszę chyba dodawać, że na tureckim weselu nie było ani grama alkoholu. 
Zaczęły się tańce. Kiedy my tańczymy przy takich okazjach zazwyczaj w parach, tam tańczono przy tradycyjnej tureckiej muzyce w kółeczku, trzymając się za najmniejsze palce albo pod ramiona (przez cały wieczór nie usłyszałam ani jednej angielsko-języcznej piosenki). A jak już tańczyli normalnie to kobiety bawiły się ze sobą, a mężczyźni sobą. Dla mnie ich kroki były nadzywczaj skomplikowane, dlatego postanowiłam pełnić funkcję obserwatora - kamerzysty. Tymczasem Kunle bawił się w najlepsze jak rasowy Turek!



Okazało się, ze Kunle tak rozkręcił imprezę razem z Panem Młodym, że ludzie zamiast robić zdjęcia parze młodej, robili foty nam :-P
Cyknęliśmy sobie jeszcze na koniec foto z Młodymi i około 23h wyszliśmy z imprezy, bo nic więcej ciekawego się nie działo. W ogóle impreza trwała jeszcze co najwyżej godzinę. Kiedy powiedziałam, że msza i wesele w Polsce trwa razem jakieś 12 godzin, nikt nie chciał mi uwierzyć. 
No my to się potrafimy bawić!


Z Parą Młodą


Nie powiem, ciekawe doświadczenie, ale wesela w Turcji to ja bym nie chciała wyprawiać... ;-)


wtorek, 3 lipca 2012

Krytycznie O Turkach


Wracając do Istambułu byłam bezdomna. Wszyscy musieliśmy się wyprowadzić z naszego Edenu na Mecidieykoy, bo skończył nam się kontrakt. Strasznie trudno było pożegnać się z wielkim łóżkiem, naszym tarasem i lokatorami. Spędziliśmy tam naprawdę świetne chwile.
Po powrocie do Istambułu zamieszkałam z Gretą, która dzieliła mieszkanie ze swoim kolegą z pracy, Mehmedem, Arabem, jego dziewczyną Aidą z Kurdystanu i jej dwójką dzieci. Dzielimy mały, przeuroczy pokoik.
Wszystko ładnie pięknie, nawet karmią nas tu co chwile, ale coś co nas wkurza niesamowicie: sąsiedzi! Czasami nawet wydaje mi się, że dzielimy ulice ze szpitalem psychiatrycznym. Stare(?), tureckie, sfrustrowane życiem kobiety, wrzeszczące jak opętane a to na dzieci, a to na kota, albo w ogóle wrzeszczące! I żeby to jeszcze były ze 3 wykrzyczane zdania – ONE POTRAFIĄ WRZESZCZEĆ NAWET PRZEZ PÓŁ GODZINY! Codziennie rano jesteśmy budzone przez kompletnie bezsensowne wrzaski. Nawet okna nie można otworzyć, bo zaraz słyszysz jak krzyczą!
One muszą być strasznie nieszczęśliwe, ale czy cała ulica musi tego wysłuchiwać i popadać w tę samą depresję?!

Zaczęły się potworne upały, do tego stopnia, że najsmaczniejszym posiłkiem w ciągu dnia jest woda z lodem, albo… lody! Może to tylko my, Europejczycy tak bardzo odczuwamy ten gorąc. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć sobie tego, że w 32 stopniowym upale ludzie ubierają długie spodnie, długie rękawy i jeszcze czasem swetry. Już nawet nie wspomnę o islamskich, zakapturzonych i zapłaszczonych od stóp do głów kobietach, wyglądających jak skrzynki na listy, kiedy w skrajnych przypadkach widać im tylko oczy (bardzo podobało mi się Twoje porównanie, Zachara J).
Ile razy słyszałam od mojej mamy „Po co Ci te długie spodnie na taki upał?!”, dlatego teraz jestem przeczulona na tym punkcie. Od noszenia swetrów i jeansów jest zima, ja mam zamiar cieszyć słońcem. W końcu rzadko kiedy zdarza nam się ubierać letnio nawet podczas lata, deszczowego zazwyczaj.

Mieszkamy w miejscu zwanym  Çapa, należącego do jednego z najbardziej konserwatywnych części miasta.

Niczego nieświadoma wyszłam pierwszego dnia do szkoły w krótkim rękawku i spódniczce. Coś, co w Polsce jest traktowane jako normalny, dzienny ubiór (przecież szłam na uniwerek, nie na imprezę!), tutaj jest traktowany jako wulgarny. Co chwile dało się słyszeć klaksony, gwizdy, „çok güzel!”, i inne prostackie odzywki mężczyzn, którzy jak psy lecą za każdym odsłoniętym skrawkiem kobiecego ciała.

Jeszcze na nasze nieszczęście, niedaleko Çapy spacerują prostytutki. Wiele razy, stawały za nami samochody, zaczepiały mnie i Gretę idące ulicą, ubrane już nawet normalnie, chodzili za nami przez całą drogę od przystanku pod same drzwi domu.
Pewnego dnia, kiedy wracałyśmy z Gretą z imprezy, musiało nas eskortować do domu dwóch znajomych kelnerów z pobliskiej kawiarni, do której często chodzimy, bo jeden koleś nie dawał nam spokoju.
Doszło do tego, że idąc na imprezę musimy ściągać z siebie wszystkie ozdoby, obcasy chować do torebki, chodzić w trampkach na przystanek i zakładać to wszystko dopiero na miejscu. Jakaś paranoja! Jesteśmy już chore od tego.


Turcja to najbardziej zazdrosny kraj na świecie i nie wiem kto jest bardziej zazdrosny, czy Turcy czy Turczynki. Uświadomiłyśmy sobie, że podczas 5 – miesięcznego pobytu tutaj nie udało nam się tutaj zawiązać bliskiej, normalnej przyjaźni damsko-męskiej między nami a Turkami (oczywiście nie mamy tego problemu z innymi, erasmusowymi ludźmi).
Wszystko krąży wokół seksu! Przyjaźń nie istnieje! Turcy są wrażliwymi, ciepłymi ludźmi, którzy są w stanie zrobić dla Ciebie wszystko dopóki nie uświadomisz im, nawet w jak najbardziej delikatny sposób, że nie jesteś zainteresowana ich gierkami. A wtedy natychmiast znika po nich ślad, tak jakby przyjaźń nawet nigdy nie miała miejsca.
Aha, argument, że masz chłopaka w ogóle nie działa. Traktują ten fakt małostkowo.

Przypadek o którym mówię nie jest pojedynczym i zdarzał się na przestrzeni pół roku nie tylko mi, ale też Grecie, Petrze i innym znajomym Polkom w Istambule. Za każdym razem, kiedy poznawałyśmy nowych znajomych, myślałyśmy że tym razem wpadłyśmy na fajnych ludzi, że się nie przejedziemy, a wszystko i tak kończyło się tak samo.

Przez długi czas starałam się nie stereotypizować Turków, do sytuacji w jakiej się znalazłam 3 dni temu…
Wracam razem z moim znajomym z tureckiego wesela (o którym opowiem w następnym poście). Byliśmy na Sefakoy, dystrykcie na którym mieszkałam przez pierwszy miesiąc. Pytamy ludzi jak dojść na metrobus. Oni udzielają nam wskazówki, kiedy to nagle dołącza się do nas jeden turecki chłoptaś, który słyszał, że pytamy o drogę, i gada coś do mnie.
-Turkce bilmiyorum! (nie znam tureckiego)– odpowiedziałam mu, nie miałam zamiaru z nim gadać.
Koleś jednak nie dawał za wygraną, ciągle szedł za nami. Postanowił, że teraz zacznie gadać do Kunle, mojego znajomego niby w celu pokazania nam drogi.
- Kunle, ja wiem już gdzie jestem, nie potrzebujemy go koło nas. Powiedz mu, żeby sobie poszedł. – powiedziałam.
Na co Kunle podziękował mu ładnie i powiedział, że znamy drogę, że nie musi iść dalej z nami. Chłopak już nie wiedział co miał ze sobą zrobić, skończyły mu się pomysły jak mnie zaczepić, po czym złapał mnie z niemiłosierną siłą za tyłek i zwiał!
Ja zaczęłam krzyczeć, Kunle nawet nie widział co się stało! Próbował mnie uspokoić, a ja jeszcze przez 10 minut nie mogłam uwierzyć co się stało!
Była godzina 23h, szłam spokojnie z moim znajomym, oczywiście ubrana elegancko, nie mogłam przecież iść na wesele w jeansach i trampkach, naokoło mnóstwo ludzi, a ja mimo tego zostałam napastowana przez jakieś nienasycone zwierzę, dla którego prawdopodobnie nie było innej opcji, żeby dotknąć dziewczyny.

Dziękujemy wszystkim, ale to wszystkim bez wyjątku Turkom za pokazanie nam, kobietom, tureckiej mentalności „wysokiej” klasy.

I jeszcze coś. Turcy nie znają pojęcia EKOLOGIA I OCHRONA ŚRODOWISKA. Na ulicach roi się od śmieci. Serce mi się kraja za każdym razem kiedy widzę na ulicy dzieci i ich rodziców wyrzucających papierki po lodach albo plastikowe butelki ot tak, za siebie. Eh. Niech taczają się w swoich własnych brudach. Między innymi dlatego już nie chodzimy na Taksim, który nocą pełni funkcję śmietniska.


„- I jak, Dziewczyny, podoba Wam się Istambuł?
  - Miasto jest świetnie, ale ludzi nie lubimy...”

czwartek, 21 czerwca 2012

Je suis Parisienne!








Paryż Paryż i po Paryżu. Zleciało szybciutko.

Pod samą bramę lotniska w Istambule odprowadziła mnie Petra. Żegnając się, nie mogłyśmy się od siebie odkleić. Płakałyśmy jak bobry tuląc się po raz ostatni. Obie wiedziałyśmy, że razem z naszym rozstaniem kończy się też nasz Erasmus.
Już nie będzie:
-szaleństw (żadna z nas nie była tak szalona jak wtedy kiedy byłyśmy razem),
-obżerania się w środku nocy przez przypadek znalezionym polskim pasztetem sopockim,
-nie będzie lodów na śniadanie, obiad i kolację,
-nie będzie: „Dear Wordobe, what do you have for me today?”,
-nie będzie automatycznego, samozachowawczego instynktu przytulania się w nocy
-nie będzie butów i szklanek przez przypadek znalezionych w naszym wielkim łóżku,
-nie będzie słuchania do bólu naszych i tylko naszych piosenek, („I know this place… ;-)
-nie będzie polowań w Jokerze,
-wiśnia z wódką też nie będzie już smakować tak samo,
-nie będzie już „I told you Hunny!”  i „No! It’s my normal face!”. 


Ostatni raz razem: Bójka Bajka i Brawurka ;-)


Cudowna dziewczyna, z taką samą zrytą banią jak ja. Jeszcze nigdy nie znalazłam w moim życiu podobnie otwartej, przesympatycznej, silnej dziewczyny, która dzieliłaby ze mną te same emocje, myśli i temperament. Z nią mogłabym konie kraść.
Prawdziwa przyjaźń, bez grama zazdrości.
Wydaje mi się, że duży wpływ na to, że stałyśmy się sobie tak niesamowicie bliskie było, paradoksalnie, brak możliwości opisania co naprawdę czujemy, co myślimy. To właśnie bariera językowa, która była między nami na początku wytworzyła w nas wszystkich umiejętność czytania z ludzkich myśli i uczuć.
Nie wszystko trzeba słyszeć i mówić, żeby rozumieć i być zrozumianym…
Na szczęście Brno, w którym mieszka Petra nie znajduje się na końcu świata, dlatego obiecałyśmy sobie weekendy razem. Już teraz Petra zaprosiła mnie i Matthieu do siebie na tydzień w lipcu.
Ta przyjaźń jako jedna z nielicznych jakie mi się trafiła w Istambule jest warta tego, aby ją pielęgnować.

Kiedy więc w końcu odkleiłyśmy się od siebie, ja z kompletnie rozmazanym makijażem wcześniej starannie zrobionym dla Matthieu, w końcu wsiadłam do samolotu w kierunku Rzymu.



Kłopoty mnie kochają, dlatego i tym razem też wszystko odbyło się nie bez przeszkód…

Panikowałam. Nigdy wcześniej nie leciałam łączonym lotem, a pomiędzy godziną przylotu i odlotu miałam tylko 50 minut. Na szczęście nie musiałam się troszczyć o mój bagaż, którym mieli umieścić na pokładzie następnego samolotu, a przynajmniej tak mi powiedziano…
Jak się okazało, w Rzymie czekała na mnie Pani z obsługi - mała, ładna, sprytna brunetka, wyposażona w mini pojazd, którym miała mnie dowieźć jak najszybciej z punktu A do punktu B. Ja tylko śmiałam się do siebie z komizmu całej sytuacji, kiedy krzyczała: „Attenzione! Attenzione!” do przestraszonych, niespodziewających się auta na swojej drodze, ludzi.
Jak królowa zostałam dostarczona niemal pod same drzwi samolotu, za co jestem przewdzięczna. Dzięki temu nie musiałam biegać w popłochu po rzymskim lotnisku.

Przeszczęśliwa, że zaraz zobaczę Matthieu, biegnę odebrać moją walizkę, kiedy okazuje się, że po walizce ni śladu. Nagle słyszę w megafonie swoje nazwisko wśród jakiejś francuskiej paplaniny. Ogarnia mnie jeszcze większe przerażenie (jaka szkoda, że nie domyślili się, że moje imię brzmi mało francusko i że z komunikatu zrozumiem tylko „MalgoRYZYata FiliCYZYkoŁska„). Nie miałam pojęcia czego ode mnie chcieli.
Na szczęście zza szyby widziałam już mojego Matthieu, jak przystało w hollywoodzkich filmach – z różą w ręku, którą jakieś 3 godziny później zgubiłam jakimś cudem! Wyskoczyłam więc do niego i zamiast romantycznie wpaść mu w ramiona, musiałam zaraz mu wyjaśnić całą sprawę z bagażem. Podsumował mnie tylko jednym epitetem: „oh silly girl…”
Poszliśmy wyjaśniać sprawę. Okazało się, że podczas gdy mną się ładnie zaopiekowano, moją walizką się nikt nie zajął - została w Rzymie. Mieliśmy ją odebrać następnego dnia, co dawało nam wieczór bez konieczności powrotu do domu. To na miacho!
Cóż za zbieg okoliczności. W pierwszej godzinie od mojego przyjazdu o drogę zapytały Matthieu 3 dziewczyny… z Istambułu! Jak widać Turcja nie daje mi o sobie zapomnieć…

Dopiero będąc w Paryżu uświadomiłam jak bardzo się nią dusiłam, dosłownie (upał, duchota straszna) i w przenośni (męczy mnie już dostosowywanie się do tamtejszych obyczajów, zachowań, dbanie o to, żeby przypadkiem spodenki nie były zbyt krótkie i aby zbyt głośno nie śmiać się w metrobusie). Ta „inność” była fascynująca… przez pierwsze 3 miesiące. Teraz już tęsknie, marzę o ziemniakach, szynce, jakiejkolwiek zupie (nie Chinkę i nie z proszku). Kiedy Matthieu przyniósł mi pełnoziarnistą bagietkę, zjadłam całą suchą, bez niczego, zachwycając się, że w końcu coś, co pełni funkcję pieczywa przypomina w końcu chleb, a nie watę.

Zdałam sobie sprawę, że jednak lubię być Polką, a wcześniej tego nie doceniałam.
Za każdym razem jak słyszałam Polaków, nieomieszkałam z dumą powiadamiać o tym Matthieu (kolejny nawyk po Istambule – za każdym razem jak słyszałyśmy nasz ojczysty język, bez żadnych oporów zaczynałyśmy rozmowę ciesząc się, że mogliśmy wymienić się doświadczeniami na temat Turcji z rodakami, to zawsze było dla nas wydarzenie). Pod koniec już przestałam się zachwycać Polakami – było ich po prostu bardzo dużo. Dało się czuć, że jestem bliżej kraju.

Luwr nocą...

... Luwr za dnia gdzieś tam w tyle
Takie tam, na dachu.
Proszę Państwa oto Venus, Venus z Milo
Mona Lisa! Moja własna! Pięknaś Ty!

I od środka
O turystach: jest ich dużo, ale do przejścia, albo tak mi się wydawało po Istambule i jego klaustrofobicznych ulicach, gdzie budynek jest budowany na budynku. Paryż to wielka przestrzeń, ludzie nie walczą o miejsce gdzie buta postawić, o każdy mililitr powietrza w metrze. Tam da się przejechać z jednego krańca miasta na drugi, o dziwo, jak człowiek, bez uruchamiania instynktu przetrwania.

Tak jak wspomniałam – większość turystów to Azjaci. Tak, Ci typowi z aparatami w rękach. Poza tym wydaje mi się, że ruch w Paryżu dozwolony jest tylko parami, albo w grupach z przewodnikiem. Nie wiem jeszcze jak to jest – Paryż jest miastem zakochanych, dlatego podróżuje tam tak wiele par, czy podróżuje tam tak wiele par, dlatego Paryż stał się miastem zakochanych. Coś niesamowitego, to zjawisko naprawdę jest widoczne!

żeby nie było że kłamię, same pary


Coś o transporcie miejskim, co może być pomocne dla wybierających się do Paryża. To jest Twoja słaba strona, Francjo! Nie żebym jakoś szczególnie narzekała (dzięki temu przecież zaoszczędziłam sporo kasy na biletach), ale władze powinny bardziej uregulować przemieszczanie się i kontrolę podróżnych….
Dobra, koniec biadolenia. Chodzi mi o to, że bardzo łatwo jest uniknąć płacenia za jakiekolwiek bilety komunikacji miejskiej.
Sposób na Matthieu – przeskoczyć bramkę, której i tak nikt nie kontroluje,
Sposób na Filifionkę – przecisnąć się przez bramkę!
Co z kontrolerami? Zawsze ubrani w zielone mundurki, bardzo, baaardzo rzadko kontrolują pojazdy (władze nie chcą wydawać pieniędzy na zwiększenie na kontroli, bo jest to bardzo kosztowne), poza tym nawet jak któryś Cię złapie to po prostu uciekasz, im się nie chce uganiać za smarkaczami.
Źródło: Matthieu


.
"Matt, czy to jest wieża Eiffla...?"



I teraz najważniejsze! Największa atrakcja wycieczki – wieża Eiffel’a! Jak ją zobaczyłam po raz pierwszy, prawie się rozpłakałam! I nie dlatego, że jest jakaś piękna, czy coś. To było jak ukoronowanie mojej wyprawy, urzeczywistnienie marzeń o Paryżu, do którego chciałam pojechać od 3 lat. Polecam uczucie, kiedy właśnie spełniasz jedno ze swoich największych marzeń. (Uwaga! To uzależnia!)


A tak naprawdę wieża Eiffla to taki o! spory blaszak postawiony na środku Paryża. Ale zdjęcia trzaskałam jak Japońce J!
Blaszak

Z blaszakiem w tle.


Coś, co mnie uderzyło – takiego bogactwa narodowości i kultury jeszcze nie widziałam. Stanowczo mogę stwierdzić, że czarnych ludzi (że się tak brzydko wyrażę) jest tyle samo co białych (już nie wspominam o żółtych, którzy stanowią we Francji pokaźną turystyczną armię).
To, co widziałam na ulicach: jeśli miałabym jakoś opisać Paryż, powiedziałabym, że jest pomiędzy Londynem a Niemcami. Londyn to kwintesencja elegancji, sam w sobie jest wizytówką, czarne, przeurocze taksówki, czerwone, piętrowe autobusy, klimatyczne oldschoolowe budki telefoniczne, ludzie i styl jaki nawet w życiu nie przyszedłby Wam do głowy, specyficzny klimat mówiący „jestem z Londynu, jestem z tego dumny”. Niemcy – idealny porządek, ludzie z głowami uniesionymi do góry, akceptujący i podporządkowujący się do wszelkich zasad. Klimat typu „Jestem z Niemiec, znam swoją wartość!”.
To moja subiektywna opinia. Taki właśnie wydawał mi się Paryż – pomieszanie szyku i elegancji z porządkiem i szacunkiem.

Przez pierwsze 3 dni we Francji prowadziliśmy z Matthieu zażarte dyskusje, niemalże kłóciliśmy się na temat polityki, biedy, edukacji itd. Nasze poglądy niemal za każdym razem diametralnie się różniły (szalejemy za sobą tak bardzo jak bardzo nie cierpimy się za te różnice w nas. Tak naprawdę powinniśmy się nawet nie lubić…).

I znowu, tak jak w przypadku Turcji, dziwiło mnie wszystko – od sposobu w jaki jedzą po… gąbki do mycia naczyń J (bo miałam to szczęście nie tylko być turystką, ale też mieszkać w typowym francuskim domu z Francuzami z krwi i kości).
Okazało się, że nasze rodziny, domy, totalnie się od siebie różnią. Dom Matthieu wypełniony jest książkami, obrazami, muzyką, instrumentami, kwiatami, kotami. Tworzy to niesamowitą, magiczną atmosferę.
Dla mnie coś zupełnie obcego, bo moje mieszkanie w Polsce jest do bólu praktyczne (jedyną ozdobą są kolorowe ściany i firanki, a książki pochowane są na strychu, „żeby nie zajmowały zbyt dużo miejsca na półkach”).



Artyści uliczni! Mnóstwo artystów ulicznych! Widać, że ludzie to lubią! A Ci którzy mają pasję uwielbiają to robić dla publiczności, która zawsze się znajdzie. Co chwile musieliśmy robić przerwy w naszych podróżach żeby tylko napatrzeć się na tych ludzi. To tez tworzyło świetny klimat!
Sacre Coeur
 
Ulica rozpusty (pierwszy raz byłam w sexshopie!)
Tryumf!

Polska <3 : <3 Francja
Żegnaj Paryżu :(

Cudownie czasem zatopić się w zupełnie inny świat.
Tymczasem ja nowymi siłami i nadziejami wracam znowu podbijać Istambuł!